Wszystko pamiętam….
Tak jakby to wczoraj był.”

Podczas pierwszej fali deportacyjnej z dnia 10 lutego 1940 r. z terenów zajętych przez Rosjan deportowano około 140 tysięcy osób. W większości Polaków, głównie osadników wojskowych, średnich i niższych urzędników państwowych, służbę leśną oraz pracowników PKP. Zabierano całe rodziny bez wyjątku.

Druga fala deportacji miała miejsce w dniach 13 i 14 kwietnia 1940 r. i objęła swoją „troską” ponad 61 tysięcy osób. Wysiedleniu podlegały rodziny wrogów ustroju: urzędników państwowych, wojskowych, policjantów, służby więziennej, nauczycieli, działaczy społecznych, kupców, przemysłowców, bankierów, osoby zatrzymane przy próbie nielegalnego przekroczenia granicy niemiecko-radzieckiej oraz rodziny osób aresztowanych dotychczas przez NKWD.  Do tych właśnie osób z drugiej fali deportacyjnej dołączone zostały dwie rodziny z Medyki – zakwalifikowane przez NKWD ze względu na wcześniejsze aresztowania członków ich rodzin. Była to rodzina Naczelnika stacji PKP w Medyce Kobierzyckiego oraz rodzina kolejarza Antoniego Zycha.

Córka Antoniego Zycha, Pani Anna Skolarczyk, wspominając o tamtych trudnych czasach niejednokrotnie wzrusza się. Słowo „trudne” czasy nie w pełni oddają to co spotkało wywożonych w głąb Rosji Sowieckiej.

Pani Anna wspomina to tak.

Wojska ruskie jak weszły do Medyki to od razu czepili się księdza Szymona Korpaka, którego NKWD wyrzuciło z plebani na organistówkę, nie pozwalając zabrać ze sobą wielu rzeczy. Rodzina organisty Cybulskiego miała troje dzieci, najstarsza była Hela, potem Kaziu i najmłodsza Zosia. Nie długo po tym, bo 2-go listopada 1939 r., a był to Dzień Zaduszny, NKWD zabrało księdza i organistę do więzienia w Przemyślu wprost spod ołtarza. Pamiętam jak dziś, byłam wówczas na tej mszy świętej jak przyszło dwóch enkawudzistów z tymi swoimi pikami jakie nosili. Byli na tyle ludzcy, że pozwolili księdzu dokończyć Mszy. Zabrali ich i od tej pory słuch o nich zaginął. Jak ich zabierali to Cybulska nic o tym nie wiedziała, była wówczas w domu. Natomiast Cybulską jak wyrzucili z organistówki to przyjęła ją do swojego domu Pani Nowotyńska. Pamiętam jak siedziała z tymi małymi dziećmi na tych swoich tłumoczkach i płakała… Ona później często jeździła do miasta szukać męża ale nic się nie dowiedziała.

Pewnej nocy około 3 lub 4 godziny, budzi nas mama mówiąc, że na ulicy jest wielki szum i coś się dzieje. Mama ubrała się i wyszła, a my za nią poszliśmy zobaczyć co się dzieje. Okazało się, że na ulicy jest pełno ludzi. A był to 10 luty 1940 roku. Kolejka ciągła się od stacji kolejowej aż tu gdzie mieszka obecnie Kalinowski i dalej „za okop”. Wielu było już w wagonach. Byli tu ludzie z okolic Medyki, z Maryjanki, Krzyżowic, Buśkowa, z Pleszowic, koloniści z Chałupek i różnych innych wiosek. Z samej Medyki nie było nikogo.

Wagony stały na stacji przez cały dzień zanim pozbierali tych wszystkich ludzi z róznych wiosek i nabili w wagony jak ryby w beczkę, by dowieźć do miejsca przeznaczenia. Wszystko pamiętam… tak jakby to wczoraj było.

Parę dni wcześniej przyszedł do nas Chtiej, który mieszkał tu gdzie teraz Kopacz, i ostrzegł moja mamę mówiąc jej, ze jesteśmy na czarnej liście i będziemy wywiezieni. Mama przekazała tę wiadomość tacie mówiąć, że chodzi tylko o niego, że musi uciekać. Tata nie zostawił nas. 11 kwietnia 1940 roku wyjechał do pracy, ale już więcej nie powrócił.

 Na dzień przed naszym aresztowaniem 12 kwietnia 1940 roku przyszli do nas w mundurach dwaj żołnierze, nazywali się Wołk i pochodzili z Chałupek. Na zwykłej szarej kartce papieru pakunkowego zaczęli pisać, kto jak się nazywa, ile jest bydła, ile zboża, mąki, ziemniaków itd. Po prostu spisywali wszystko co w domu jest. Gdy mama wypytywała się ich po co przyszli i w jakiej sprawie spisują dobytek to w odpowiedzi usłyszała, że przyszli w sprawie paszportów, bo jako jedyni w uliczce nie mamy tych dokumentów. Mama zezłościła się na nich mówiąc, że w tej uliczce to nikt nie miał i nie ma paszportów.  Znała medyckiego fotografa Franka Skolarczyka i dobrze wiedziała, że nikt nie robił tu zdjęcia do paszportu. Gdy wyszli, mama powiedziała do nas – słuchajcie dzieci, oni pewnie będą nas wywozić, już wcześniej ostrzegał nas Chtiej, tej nocy nikt nie będzie spał. Leżeliśmy więc w ubraniach, gotowi na to co się może stać. Gdzieś około trzeciej lub czwartej w nocy rozległo się pukanie do drzwi. Jako dzieci ucieszyliśmy się mówiąc, że to pewnie wrócił nasz tata, którego aresztowano 11 kwietnia 1940 roku. Ale pukanie przeszło w walenie do drzwi i już było wiadomo – to nie tata. Na pytanie mamy kto i po co w nocy się tłucze, usłyszeliśmy znane nam później – „wiskrywaj! wiskrywaj!.  W drzwiach stanął sam Naczelnik NKWD, starszy już człowiek, miał pewnie około 60 lat. Wyciągnął kartkę szarego papieru pakunkowego, tę na której wieczorem ci dwaj z Chałupek spisali nasz dobytek, i zaczął czytać. Gdy skończył mama powiedziała, że gdyby wiedziała co się stanie to dałaby swojej córce maszynę do szycia, pierzynę czy inne rzeczy z listy. A on na to – „Babciu wyście mogli dać to wszystko córce jak oni spisywali, dlaczego żeście tego nie zrobili?” Mama wyjaśniła mu, że ten co spisywał nic jej nie mówił że będą nas wywozić, że nie mamy jeszcze paszportów. Naczelnik zamruczał pod nosem coś w rodzaju – „Oj job jewo… swołocz”. Wyjaśnił, że jak już mają wszystko spisane na papierze, to teraz nie mogą tego oddać. Potem kazał aby przed dom zajechały dwie furmanki (woźnicą był Małanycz i Małachowski). Gdy my pakowaliśmy nasz dobytek, Naczelnik NKWD siedział w kuchni przy stole i widać było, że nic go nie interesuje, mogliśmy pakować co tylko chcieliśmy. W pewnym momencie nasza babcia podeszła do mamy i powiedziała – „Marynka, ty wiesz co, on siedzi w kuchni i płacze, a łzy mu lecą jak grochy”. Gdy mama podeszła do niego to powiedział – „babcia ja to robię bo muszę. Dostałem rozkaz i musiałem przyjść. Też mam rodzinę. U mnie pięcioro dzieci i zona, gdyby tak do niej przyszli w nocy, to tak samo bym przeżywał to….” On się tym naprawdę przejmował, to nie to co ci młodzi co z nim przyszli. Popili wódki i ledwie na nogach stali. Mama pakowała dalej co się dało na wozy, a on podpowiadał co ma wziąć z praktycznych rzeczy, a z czego zrezygnować, bo się w wagonach zniszczy i zawadzać będzie. Gdy wszystko już zostało zapakowane ruszyliśmy. 

Dojechaliśmy na miejsce w Medyce, gdzie czekali na nas żołnierze. Kobierzyccy już tu byli i nie mieli wiele ze sobą do zabrania. Nasz enkawudzista dał papiery żołnierzom, a mama na koniec zapytała go co z jej synem, bo przecież jest u córki. „Babciu – powiedział Naczelnik – tam mu będzie lepiej niż tutaj z wami, niech zostanie”. Mama nie chciała siedmioletniego brata zostawić samego bez rodzeństwa, a jak się później okazało dobrze zrobiła, bo po roku i naszą siostrę wywieźli.

Po około godzinie dotarliśmy do rampy kolejowej w Przemyślu, a tu co narada…. furmanka koło furmanki, tłok ogromny, krzyk i płacz. Po zapakowaniu nas do wagonu czekaliśmy w nim cały dzień, dopiero wieczorem wyjechaliśmy z Przemyśla. Kobierzyccy próbowali w czasie jazdy wypatrzeć Medykę, ale nie było to łatwe, bo okna jakie były, tak wszystkie pozabijali deskami. W wagonie na środku stał mały piecyk, a w rogu zbita z czterech desek „oborna” – jak ją nazywali. Na każdym wagonie na dachu siedział moskal i na każdej platformie wagonowej siedział moskal. Tak pilnowali, zeby nikt nie uciekł.

Jechaliśmy dzień i noc, w ciasnocie, chłodzie bez jedzenia i picia. Mogliśmy tylko żywic się tym co mieliśmy ze sobą, a tego było niewiele.

Po raz pierwszy wagon otworzyli gdzieś aż za Charkowem. Potem po drodze dawali nam garść kaszy i gorącej wody – „kipiatok”. Ale co to za gorąca woda, ledwie ciepła była i co z nią robić. Samą wodą żyć. Wieźli nas tak aż do 6-go maja kiedy to skład zatrzymał się – skończyły się tory. Miasto do, którego dotarliśmy nazywało się Kustanaj i położone było w północnej części Kazachstanu.

Przy stacji stało dużo samochodów ciężarowych, którymi rozwożono ludzi do kołchozów. Z nami do samochodu zapakowali Panią Zwolińską z Przemyśla z ulicy Lwowskiej i jedną kobietę z Grochowiec, nazwiska nie pamiętam. Wieźli nas cały dzień  po tych wertepach, aż wreszcie dojechaliśmy do jakiegoś kołchozu. A tu sami Kirgizi, trudno było się z nimi dogadać. Pozawijani w te swoje szmatki, aż po same kostki, zaczęli oglądać nasze bagaże po czym coś między sobą pogadali i poszli. Siedzieliśmy na tym polu aż do wieczora, kiedy to przyszedł do nas jeden mężczyzna mówiący po Rusku, nazywał się Korduba, porządny człowiek. Powiedział, że zawiezie nas furmanką tam gdzie są Rosjanie aby można się było dogadać. I przyjechała ta ich, pożal się Panie Boże furmanka zaprzęgnięta wołem, bo konia tu nie uświadczy. Po przybyciu na miejsce otrzymaliśmy do zamieszkania, jak to bywa w tych terenach, ziemiankę. Takich domów – ziemianek było tu około dziesięciu. Mieszkańcy bardzo gościnni, zapraszali często do siebie w gości. W ziemiankach było bardzo skromnie ale czysto. W kącie zawsze stał ołtarzyk z figurką Matki Bożej lub innego świętego, ziemne ściany były dokładnie wybielone, a podłoga oczywiście też ziemia. To była jedna jedyna mała izba z piecem, na którym gotowano posiłki, z prostym stołem i łóżkami.  Mieszkańcy tej ziemianki dzielili się z nami tym mieszkaniem. Przyjechaliśmy przecież z niewielkim dobytkiem.

Jednak nie dane nam było pozostać w tym miejscu na dłużej. Gdy przygotowywaliśmy się do nadchodzącej zimy, zbierając w pobliskim lesku drzewo na opał, to po około trzech miesiącach, wywieźli nas wszystkich gdzieś bardzo daleko … gdzie same stepy i wiatr. A tu można się było spodziewać tylko śmierci. Był to Sowchoz nr 3 kustanajskiej obłosti, gdzie hodowano samo bydło dla żołnierzy walczących na froncie, a dla nas miejsce pobytu na długie miesiące. Oprócz hodowli bydła uprawiano tu tylko jęczmień, żadnych warzyw czy owoców ze względu na zbyt surowy klimat. Aby przeżyć w tych warunkach trzeba było kraść żeby żyć. Przez cały dzień o niczym innym się nie myślało, jak tylko o tym, co by ukraść do jedzenia dla siebie i reszty rodziny.

Z nami była Pani Turkiewicz z Przemyśla, żona policjanta służb kryminalnych. Razem z nią była jej dwuletnia córka Marysia i pięcio lub siedmioletni syn Rysiu. W naszym kołchozie było cztery młynki do mielenia jęczmienia, przy jednym z nich pracowała nasza mama, ja z ciocią byłyśmy przy krowach, Turkiewiczowa przy zbiorze jęczmienia.  Mama opowiadała, że Turkiewiczowa wzięła niespełna pół litra tego jęczmienia i gdy przechodziła z tym do swojej ziemianki zauważył ją nadzorca Jeresaren, który był Kirgizem. A niedobry był że … szkoda gadać.  Od razu ją dopadł i zaczął sprawdzać. No i znalazł. Może gdyby do niego za bardzo nie pyskowała, może gdyby milczała byłoby inaczej. Sąd był kołchozowy, zaraz na drugi dzień. Trzy lata więzienia dostała.

Przez kilka lat na wygnaniu nie jedliśmy ziemniaków, zapomnieliśmy smaku soli, a o cukrze i mięsie nie wspomnę. O jedzenie było tu najtrudniej. Cały czas się myślało jak przeżyć następny dzień. Ciele jak zdechło w oborze to leżało pod żłobem i czekało na weterynarza, aż wypisze karteczkę. Czasami leżało tak długo, że robaki już się pojawiały i nie można było przez ten czas nic z nim zrobić, bo to wszystko rządowe. A kiedy już można było go podzielić na kawałki, to nikt się nie wstydził, choć śmierdziało i robaki się w nim ruszały… trzeba było brać żeby żyć.

W naszym kołchozie byli też Niemieccy koloniści znad Wołgi. Przesiedlili ich tutaj, aby przypadkiem nie zechcieli przejść na stronę niemiecką, gdy nadejdzie front. Kilku z nich pracowało tam gdzie ja, a jeden nazywał się Nichil. Tak jak dziś go widzę… Wziął raz takie zdechłe cielę w całości, już chyba z tydzień leżało. Złapał za tylne nogi, zarzucił na plecy i pociągnął do domu dla rodziny. A specjalnie szedł wzdłuż wszystkich baraków, gdzie mieszkali urzędnicy – niech wiedzą jak my żyjemy, a jak oni – mówił.  Ja go ostrzegałam, że już długo leży i jest śmierdzące, ale on odparł, że tak go przygotują, że da się zjeść. I dało się.  Tam jak krowa padła albo ciele to bardziej się tym przejmowali niż śmiercią człowieka. Z ludźmi się nie liczyli. Byli mniej warci niż to bydło.

Nas ratowało to, że ja już byłam na tyle duża, że umiałam krowy doić. Mogłam wtedy ukraść i przynieść odrobinę mleka, oczywiście dobrze schowane za pazuchą w małej manierce. Kradłam by nie pić na wieczór czy rano zimnej wody, tylko mleko. To kradzione mleko mama zamieniała czasami u tutejszych Rosjan na mąkę, z której – po przesianiu – robiła na wodzie i mleku takie placki – „charamuchi”. Z grysu jaki został po przesianiu mąki również robiła coś do jedzenia. Nic się nie mogło marnować. I tak co dzień.

W oborach, tzw. „bazach”, gdzie pracowaliśmy przy krowach, pracował też jeden ruski. Ja miałam taką małą manierkę. Koło drzwi stała beczka, a w tej beczce miałam ukryty inny pojemnik. Jak tylko udoiłam do małej manierki to zaraz wlewałam do tego większego schowanego pojemnika. Jak już pojemnik był pełen to ja byłam już zadowolona. Ten ruski co w oborze ze mną pracował ciągle mnie obserwował.  Któregoś dnia przyszedł do niego ten niedobry nadzorca – Kirgiz Jeresaren. Pogadał z tym ruskim, potem podszedł do nas, zapytał jak idzie robota i takie tam trzy po trzy. Poszedł zaraz do tej beczki, w której miałam udojone mleko. Moje nogi zaczęły drżeć. Od razu wiedziałam, że ruski mu powiedział co ja robię. Ja już wiedziałam co to będzie. Dziesięć lat mnie nie minie. Jeresaren zaczął grzebać w tej beczce, potem przykatulkał ją do mnie, zapchał rękę do beczki, wyciągnął pojemnik i mówi:

                 – Niura, co to jest.
                To ja mu na to: – Banieczka.
                – A na co ona tobie.
                – Mleko doić – co miałam kryć jak on wszystko widzi.
                – A ty wiesz, że nie wolno brać – mówił
                – Wiem
                – Ty wiesz, że to rządowe
                – Wiem
                – A czego ty bierzesz?
                Odpowiedziałam, że jak nie będą ruskie brać, a było ich tutaj ośmioro, to nie                           będziemy i my Polacy brać.
                – A ruskie biorą? – spytał
                – Biorą – odpowiedziałam – I to nie biorą w bańce tylko wiadrami.
                – A którzy? – spytał na koniec.

Powiedziałam mu kto brał z tych ruskich. Wiedziałam, że ich nie będzie karał, bo to byli „przodownicy pracy”.  Wróciłam do domu i opowiedział mamie co się stało. A on nas lubił, bo myśmy mu nigdy nie odmawiali o co prosił. Gdzie kazał iść, co kazał robić my tam szli. Tu nie trzeba było być „polskim panem”. Oni inaczej na nas nie mówili jak tylko „polski pan”.  Siostra moja, która pracowała w innym miejscu przekazała mi że Jeresaren rozpowiadał, że ja w tej banieczce trzymałam wodę. Chwalił się tylko, że zabrał pojemnik „polaczce”. Jakby chciał mnie ukarać, to zaraz na drugi dzień poszłabym pod sąd. Tam trzeba było być grzecznym i słuchać, a nie stawiać się jak niektórzy nasi. Bo jakbym pyskowała, to siedziałabym już dawno w więzieniu. I tak było wszędzie, gdzie by nas nie wywieźli, wszędzie tak samo.

Dopiero pod koniec naszego pobytu dawali na osobę, tym co robili, po pół kilo chleba, a tym co nie robili – po dwadzieścia deka. Bywały w zimie takie miesiące, że nie zarobiło się ani kopiejki. Zimą to i palić nie było czym, bo to stepy. Drzewa i krzaczków nie było. Paliło się wówczas, tak powiem wprost, gównami krówskimi. Robiło się z nich cienkie placki, suszyło na słońcu i składało na kupki, by w zimie było czym palić i na czym zgotować jedzenie.  Gotowało się wprost na ogniu wychodzącym z kuchenki, a zimno i tak było, że w chałupie ściany zamarzały. Takie zimno było.

W stepach zimą był tak zwany „buran”. Jak kogo w stepie z wołami zastał, to pewnym było, że nie wróci. Widoczność w czasie tej burzy ze śniegiem, wiatrem i mrozem była na metr lub dwa. Raz podczas takiej burzy, idąc do pracy z siostrą Celiną, zabłądziliśmy. Minęliśmy oborę do, której  szliśmy i zatrzymaliśmy się koło parku maszyn rolnych. W drodze powrotnej przeszliśmy nasz dom po dachu bo tak zawiało śniegiem, ze wszystko zrównało się. Nasz dom był ostatnim w tym rejonie. I pewnie poszli byśmy dalej, gdyby nie nawoływanie naszej mamy z komina naszego domu. To nas uratowało. Na wiosnę, gdy śniegi zginęły, to nie jednego z bykami znaleźli w stepie zamarzniętego pod stertą…

Latem jak było żniwa, każdemu wydzielano jego kawałek do wiązania snopków i jak była tylko okazja chowało się choć trochę ziarna, aby na wieczór było co zjeść, choć z pół litry, choć kwaterkę.  Jak było troszkę więcej to mieliło się u Kirgizów na żarnach na mąkę. Robiliśmy zupę z pokrzywy lub łobody, tej co rośnie między ziemniakami, z czego się tylko dało. Tam żeby przeżyć trzeba było gotować co się da.  Tylko o tym się myślało, o niczym innym. Za to, że ktoś pracował dostawał jak każdy pracujący pięćdziesiąt deka „pajoka” – czarnego chleba. Kto nie pracował dostawał dwadzieścia deka na cały dzień.

Z naszych okolic było tutaj bardzo dużo ludzi. Niektórych nazwiska do dziś pamiętam, byli z nami: Kobierzycki z Medyki, Kowalczykowa z Ruszelczyc, Piaskowa, Dworzaczkowa, Gniewkowa, Mroczkowska, Bystrzyckich cała rodzina, Tkaczyk z Krównik, Koniuszko, Siwy, dwie siostry Gumęgi, Dwulatowa, Jacuszkowa, Myszka, Witkowska z Prałkowiec, wielu było. Pamiętam jak syn Bystrzyckiego Przemysław i jeden Żydek z Przemyśla, nazywał się Wessermann z Przemyśla, uciekli z naszego obozu. Dorwali ich na Ukrainie. Nie mieli papierów, więc z powrotem wysłali ich w ten rejon. Najpierw do Krasu pod sąd, a potem w to samo miejsce skąd uciekli. Prawie cała rodzina Bystrzyckich umarła z głodu: matka, babcia, dwie córki. Został tylko ten syn i siostra Zofia, która pracowała w kuchni prowizorycznej bolnicy dla tyfuśników, więc mogła coś zjeść.

Była z nami też pani pułkownikowa z dwójką swoich dzieci, Jurkiem i Irusią – od Birczy byli. Przywiózł ich do wagonu dziadek. Boże… jak oni płakali. Jak dzisiaj słyszę ten płacz. Ona na górnej pryczy w wagonie przeleżała całą drogę, od Przemyśla do Kazachstanu. Ją te dzieci w tym czasie nie obchodziły nic,  w ogóle się nimi nie interesowała. Jureczek to całymi dniami i nocami wołał tylko dziadziu, dziadziu, dziadziu…. Ja nie wiem czy ona załamała się czy pomieszała całkiem zmysły, nie wiem. My już tam na miejscu nie byliśmy razem, ona pojechała do innego kołchozu. Opowiadali nam inni Polacy, że ona i dzieci pomarli tam z głodu.

Pamiętam też policjanta z Przemyśla. Torchan się nazywał. Jego 10-letni syn pasł tam krowy. On te krowy pasał konno, jeździł koniem, co się nazywał „Polka”. Był to biały koń, na którym wcześniej jeździł jakiś kapitan marynarki wojennej zesłany tu za cara – był tu aż do samej śmierci. Drugi, starszy syn tego policjanta, dostał się do armii gen. Andersa. Natomiast ich córka Urszula utopiła się na rzece, gdy przewróciła się łódka, którą płynęła. Utopiło się wtedy trzy Polski. Jedna hrabina, druga jakaś kobieta z Przemyśla no i ta Urszulka. Jedna kobietę wyratowali, wiem, że mieszkała na ulicy 1-go Maja w Przemyślu. One wszystkie płynęły po wodę, bo tutaj w studnio to woda była strasznie solona i trzeba było ją z rzeki brać. W zimie zaś na wodę topiło się śnieg lub lód z rzeki.

W końcu trafiliśmy do Charkowa na Ukrainie. Tam już było inaczej. Klimat inny, ziemia inna. Tu się rodziło wszystko. Mnie, moją siostrę, Olgę Witkowską z Prałkowiec i jedną ruską, której mąż siedział w więzieniu, wzięli do wożenia zboża samochodami, po pięć ton na aucie. Zboże zwalaliśmy z wagonów do samochodów. Auto prowadził ruski, który miał padaczkę. Baliśmy się tego, ze jak go kiedyś trzepnie w drodze, to nas pozabija wszystkich. Zboże trzeba było dźwigać workami po 50 kg, a siostra moja była młodsza, miała wtedy jakieś 14-15 lat, przecież to dziecko, ale trzeba było pracować, od siódmej rano do północy. Dyrektor kołchozu, do którego nas przywieźli też był okropny typ. Na polu rozmowa ładnie, ale jak wezwał do biura to nie umiał. Po trzech miesiącach pracy przy wywożeniu zboża zawezwał nas do biura. Spytał jak robota idzie i czy mamy „Coś”. My nie wiedzieliśmy o co chodzi. Każdy się bał. My bali się ruskiej a ona bała się nas. No i powiedział nam, że my „duraki”. Po czym udzielił nam instrukcji jak kraść w nocy zboże oszukując wagonowego, który przeważnie w tych godzinach zasypia. I tak każdy z nas, na zmianę, codziennie brał dla siebie worek zboża, także kierowca. Gdy nagromadziliśmy wystarczająco dużo zboża, to wieźli je na sprzedaż do Charkowa. I tak zaczęliśmy zarabiać jakieś pieniądze na państwowym zbożu. Ziemniaki, mąkę, krowy czy mleko – wszystko szło dla państwa. A że ludzie nie maja co jeść ich nie obchodziło. Ty masz być w robocie, a czy będziesz miał co na obiad ich to nie interesowało. Jednego razu, gdyśmy byli już tu na Ukrainie, zdarzyło się tak żeśmy naprawdę nie mieli co do garnka włożyć.  Przyszliśmy z roboty wieczorem głodni, a tu nic do jedzenia. Mama sobie popłakała, my sobie i rano trzeba było z powrotem do roboty. Wieczorem po robocie znowu nic do jedzenia. No to razem z siostrą poszliśmy w nocy na kradzież państwowych ziemniaków do sowchozu. Nie do kołchozu, ale do sowchozu, gdzie pracowali ludzie za pieniądze. Natomiast w kołchozie pracowało się cały rok za darmo i dopiero po zbiorach płacili towarem i to z tego co im zbywało.

Do samego końca mieliśmy zegarek z Polski, który dopiero w Charkowie od mojej mamy wyprosił ruski, Kobyłka się nazywał. Chdził za moją mamą i mówił: „Marusia prodaj czasy, wy jedydty w Polszu, wy se kupyty czasy. Marusia prodaj czasy, prodaj…”.  To był dobry człowiek, który dzielił się z nami tym co miał. No i mama dała mu ten zegar, który odmierzał naszą tułaczkę.

Wreszcie nadszedł dzień kiedy z Charkowa zrobili nam transport na, jak mówili, „ziemie obiecane”, na „ziemie zachodnie”. Gdy przejeżdżaliśmy przez Medykę to aż serce się kroiło i jak tu jechać na „ziemie obiecane” jak tu każdy do swego ciągnął.

Wysiedliśmy na stacji w Przemyślu. Spotkaliśmy wielu ludzi medyckich, każdy z każdym się witał. Po powrocie mieszkaliśmy przez pewien czas u stryjenki na „Przekopaniu” koło Przemyśla. Później znaleźliśmy mały niezamieszkały dom w Krównikach.

Jak granicę przesunęli na Hurko to pojechaliśmy do Medyki zobaczyć czy da się tu żyć.
W naszym domu i w wielu innych poukraińskich domach nic nie było. Okna powybijane, drzwi wyrwane, blachy z kuchni zabrane, drzwiczki zabrane… pustka. Ukraińcy jak się wyprowadzali zabrali wszystko co mogli, resztę zniszczyli. Ja w tym czasie byłam już żonata. Kiedyś moja mama powiedziała mi żebym pojechała do Medyki bo ktoś z Torek chce zając nasz dom. Pojechałam więc ze swoim mężem Grzegorzem i zajęliśmy nasz stary dom. W nim tylko wiatr hulał bo ani okien ani drzwi, nawet usiąść nie było gdzie. Powiedziałam więc do Grześka, by poszedł na Medykę i poszukał jakichś okien i drzwi, lub chociaż desek aby pozabijać dziury po oknach. Znalazł dom z oknami i drzwiami, tu niedaleko od nas. Poszedł po te drzwi i okna na następny dzień, po pracy, a pracował na kolei w stacji paliw, gdy przyszedł nic już tam nie było. Ktoś był szybszy.

Jak tak leżę, bo nie śpię całymi nocami, wszystko mi to przez głowę idzie jak ta Sanem woda. Wszystko pamiętam… od pierwszego dnia jak przyszli po nas pisać.
Wszystko pamiętam…. Wszyściuteńko.

Materiał przygotowany przez Pana Mariusza Gumiennego.

Kategorie: WSPOMNIENIA