Droga przez mękę –moje wspomnienia z przeżyć na nieludzkiej ziemi.

Dziś w przeddzień 70-tej rocznicy pierwszej masowej deportacji Polaków na nieludzka ziemię w dniu 10 lutego 1940 r., setki tysięcy uśpionych Polaków zostało zaskoczonych i wyrwanych z rodzinnych domów. Wśród tych tysięcy była i moja rodzina. Mimo upływu lat – czas nie zatarł koszmaru przeżytych tamtych dni, pamięć o nich zawsze wraca, jest żywa i tkwi jak cierń w sercu.

Rodowód.

We wrześniu 1939 r. do Stubna koło Przemyśla wkroczyły wojska sowieckie, ustanawiając nową władzę radziecką. Ludność miejscowa składała się z Ukraińców, Polaków, Żydów oraz rodzin mieszanych polsko – ukraińskich. W skład nowej, powołanej przez radzieckiego agresora władzy weszli tylko Ukraińcy.

Moich rodziców zaliczano do tzw. kolonistów. Rodzina pochodziła spod Przeworska, skąd tuż po I wojnie światowej dziadkowie wyemigrowali na tereny Stubna. Gdy tylko wojska sowieckie znalazły się w Stubnie od razu zaczęły się szykany wobec Polaków.  Rodzina nasza (Wawrzyńca Mendzeli syna Zachariasza), składała się wówczas z 5 osób – tato Wawrzyniec 37 lat, mama Anna 36 lat, brat Józef 14 lat, siostra Wandzia 9 lat i ja Krystyna 2 lata –  była pod szczególną pieczą NKWD. Ojciec mój był przez wiele lat komendantem drużyny „Strzelców”.

Wywózka.

W dniu 10 lutego 1940 r. w bardzo mroźny sobotni świt o godz. 3.00  rozległ się łomot do drzwi i okien. Głośne krzyki „atkrywajtie”, ujadanie psa, wyrwały ze snu moich rodziców i nas przestraszone dzieci. Do mieszkania wtargnęli funkcjonariusze NKWD wraz z miejscowym, ukraińskim milicjantem Hołodem. Wyciągniętym z łóżka, odczytano dekret „sowieckiej własti” o przymusowym wysiedleniu, bez podania przyczyny, miejsca i czasu – nie wiadomo za co?,  dlaczego?, i dokąd? Dano 15 minut na spakowanie i opuszczenie domu. Wcześniej zrewidowali – przeszukali kieszenie taty i Moskal zabrał piękny, pamiątkowy od dziadzia scyzoryk, w kościanej oprawie mówiąc „krasiwyj nożyk”. Rodzice byli zrozpaczeni.

Kiedy wyrzucili nas z domu – na podwórzu stały już sanie, na które załadowano nas wraz z dobytkiem. W pewnym momencie moja mama coś sobie przypomniała – zeskoczyła z sań i powiedziała do Ukraińca Hołoda – „Otwórz mój dom”. On odpowiedział: „To wże nie twoja chata”. Moskal zareagował i rozkazał „adkroj dwieri żeńszczynie”. Mama zabrała figurkę Matki Boskiej Szkaplerznej i stojąc na progu domu powiedziała: „Ciebie Matko Boska obieram Panią, gospodynią mojego domu, ale nie ciebie Hołodzie”. Saniami sprzed domu, w asyście ekwawudzistów, zawieziono nas do Medyki. Tam już były wszystkie rodziny kolonistów. Na przesiedleńców czekały bydlęce wagony. Do każdego z nich wtłaczano po kilka rodzin (40-50 osób). Wewnątrz wagonu znajdował się żelazny piecyk i kilka brykietów. Pod sufitem były małe, zakratowane okienka, wokół wagonu piętrowe ławki – prycze do spania,
w kącie wagonu toaleta w postaci wyciętej dziury w podłodze bez osłonięcia i zabezpieczenia otworu. Wtłoczono nas i kilka innych rodzin do wagonu, który został zaryglowany od zewnątrz. Rozpoczęła się droga w nieznane, która trwała ponad miesiąc. Raz na dzień pociąg zatrzymywał się na jakichś stacyjkach i z wagonu wypuszczano jedną lub dwie osoby po „kipiatok”. Kilka razy podczas całej podróży podano zupę wodziankę i kilka brył węgla. Zanim pociąg dojechał do miejsca naszego przeznaczenia – do Kamarczagi – wszystkie półki przeznaczone do snu, jakie były w wagonie, posłużyły na opał, inaczej wszyscy zmarliby z głodu i zimna. Nie brakowało zmarłych wśród dorosłych, starców i dzieci. Ja byłam owinięta w pierzynę ale nieraz głowa przymarzała mi do ściany wagonu.

Syberia.

Syberia powitała nas trzaskającymi mrozami do -50O. Podróż od Kamarczagi do Pimy nad Jenisejem trwała jeszcze 3 dni. Tam na zesłańców czekał ogromny barak, ponad 100 metrów długości, a wokół nieprzebyta tajga. W baraku umieszczono wiele rodzin, a na piętrowych pryczach spało kilkaset osób. Ustawionych było 6 piecyków, które miały dawać ciepło i na których trzeba było przygotowywać jedzenie. Palono w nich dzień i noc, ale surowe iglaste drewno nie dawało ciepła, tak że nocą woda zawsze zamarzała, a na ścianach był śnieg. W czasie zimowej „purgi” -zamieci – śniegi zasypywały baraki do połowy ich wysokości co utrudniało wyjście na zewnątrz.

Po dwóch dniach danych na „zagospodarowanie” władza sowiecka zorganizowała zebranie. Enkawudzista mówił twardym, butnym głosem na powitanie: „Polski nie zobaczycie jak nie widzicie swojego ucha”.  Następnego dnia rozpoczęła się „normalna” praca. Musieli się do niej stawić wszyscy, którzy ukończyli 14 lat. Mężczyzn zaprowadzono do tajgi. Musieli pracować ścinając ogromne drzewa, obcinając z gałęzi i ściągając nad rzekę. Gałęzie ściągały kobiety i 14 letnie dzieci w pobliże budowy torów. Tam w nocy je palono, by rozmrozić skutą mrozem ziemię, którą kobiety rano wykorzystywały do budowy nasypu kolejowego. Polacy mieli marny ubiór, brnęli w śniegach po kolana, mieli odmrożone nogi, ręce, policzki i nosy. Dzieci zostawały same w przeludnionych barakach. Nie było żadnej opieki, szkoły. Ja tych przeżyć, w większości nie pamiętam, znam je z opowiadań rodziców i starszego rodzeństwa – miałam wtedy 2 lata. Wiem, że opiekowała się mną moja 9-cio letnia siostra Wandzia. Rodzice i brat musieli iść codziennie do niewolniczej pracy.

Okres od marca 1940 roku, czyli od momentu przybycia na zesłanie do lipca 1941 roku, był czasem niewolniczej pracy ponad siły i wytrzymałość ludzką, okres wielkich szykan, prześladowań ze strony sowieckich władz.  Praca, ogromne mrozy, głód – chleb z prosa na kartki: 80 dkg dla pracujących i 40 dkg dla niepracujących i nic nie można było kupić – jedynie na wymianę, np.: za piękną, wełnianą sukienkę można było dostać 1 kg ziemniaków, talerz zamarzniętego mleka i kilka garści kiszonej kapusty. Aby dokonać takiej wymiany należało iść kilkanaście kilometrów do jakiegoś kołchozu przez tajgę i tylko wtedy, jeżeli dostało się przepustkę. Należało iść w grupie, mieć ogień i coś do dzwonienia, bo często na spotkanie wychodziły wilki. Mama z takiej wymiany niosła wszystko na plecach brnąc w śniegach. Ziemniaki zamarzły w worku na plecach i gruchotały jak orzechy. Dlatego należało natychmiast wykorzystać – wysuszyć na czarną godzinę a resztę zużyć. To wydarzenie pamiętam, musiało to być w 1942 r. – wigilia. Mama otrzymała paczkę od swojej siostry. Ciocia wysłała smalec, masło topione w garnku, słoninę, mąkę, cukier, kilka cukierków, główki aniołków i bibułę i wiele innych produktów dla mnie nieznanych. Moskale większość rozkradli. Wtedy właśnie, po otrzymaniu takiego bogactwa, na wigilię były duszone ziemniaki zapiekane w rondelku. Mama pokroiła je na kromki a mnie tłumaczyła, że jak wrócimy do Polski to będę jadła taki biały chleb co dla mnie wydawało się niemożliwe.

Warunki życia na zesłaniu były bardzo trudne. Panował głód, wykańczały mrozy i praca ponad ludzkie siły. Atakowały groźne choroby takie jak: tyfus, tyfus plamisty, kurza ślepota, czerwonka.

Dopiero wybuch wojny niemiecko-sowieckiej przerwał nieco pasmo szykan i prześladowań. Umowa Sikorski-Majski zmieniła stosunek tamtejszych władz wobec Polaków zesłanych na Syberię – zostali zwolnieni z obowiązku ciągłego meldowania się i po jakimś czasie wystawiono paszporty pozwalające poruszać się po azjatyckiej części ZSRR. Dzięki temu większość zesłanych mogła zmieniać miejsce pracy i zamieszkać bliżej osiedli czy miast gdzie łatwiej było przeżyć. Funkcjonowały tam jakieś ubogie prowizoryczne sklepy.

Po kilku miesiącach pobytu w tajdze brat mój dowiedział się, z listy płac, że w barakach odległych od naszego o 10 km są bracia taty – Antoni i Andrzej z rodzinami. Postanowił potajemnie bez przepustki pójść do nich. Przedzierał się przez tajgę z pomocą miejscowego drwala. Ledwie doszedł do baraku, za nim wpadł enkawudzista (przejechał konno). Nie pozwolił mu nawet odpocząć, pędził go przed sobą konno i zamknął na 24 godziny w areszcie.

Moi rodzice pracowali ponad siły. Mama najpierw przy nasypie kolejowym a potem nosiła wodę do tartaku dwoma wiadrami na tzw. nosiłkach – non stop przez 8 godzin. Tato pracował przy wyrębie tajgi, a później budował nowe baraki dla późniejszych zesłańców. Wycieńczony ciężko zachorował, był umierający. W szpitalu lekarka starała się wyleczyć tatę ale załamywała ręce i mówiła do mamy „nada tolko Bogu molitsa”, i Bóg wrócił go nam do życia.

Na przełomie kwietnia i maja 1942 r. przenieśliśmy się do kołchozu Siemionowka rejon Ujarski. W tym czasie do armii Andersa zaciągnęli się: najstarszy brat taty Antoni i siostra Maria. W Siemianowce dostaliśmy mieszkanie – dom po człowieku, który służył w armii. Zamieszkaliśmy w trzy rodziny: nasza – Mendzeli Wawrzyńca, brata taty Andrzeja i rodzina Sroczyków. Z pobytu w Siemionowce pamiętam wszystko i dziś kiedy zamknę oczy widzę całą wieś. Nasz dom, ganek z połamanymi deskami. Pamiętam jak każdej soboty babuszka Bojda zapraszała nas do bani (łaźni). Rozgrzani, wymyci, wychodziliśmy na mróz i do dieda Bojdy na czaj. Pamiętam też babuszki „biały kominek”, największe pomieszczenie jej domu było zawsze udekorowane ikonami i ozdobione haftowanymi makatkami – wszystko to było na głównej ścianie. W Siemionowce byli bardzo dobrzy ludzie, którzy nam bardzo współczuli a komuny nienawidzili, przeklinali ją mówiąc: „szoby eta włast propała”.

Pamiętam tez takie wydarzenie. Po żniwach było bardzo dużo kłosów na polu, więc cało gromada dzieci wyruszyła na pole. Mieliśmy worki przewieszone przez ramię  z otworami pod pachą, żeby dobrze było wrzucać kłosy. Nagle na koniu zjawił się ekawudzista i kazał nam wysypać wszystkie kłosy w bruzdę pod nadjeżdżający traktor, który przeorał. Chłopcy zaczęli uciekać to ich przepędził. Tym razem nie przyniosłam nic ale jeżeli udało się zebrać to mama dosuszała na słońcu kłosy, wyłuskiwała ziarna, ścierała je kamieniem na mąkę i piekła podpłomyki.

Pamiętam, że moim obowiązkiem było z dojrzałej lebiody wyskubać garnuszek ziarenek, które mama dodawała do zupy.

Nadzieja

Od 1943 roku do syberyjskich wiosek i przysiółków trafiali członkowie Związku Patriotów Polskich. Ich celem była nie tylko propaganda na rzecz nowo tworzonej armii ale również rejestracja Polaków i organizacja polskiego życia. Miało to dla mieszkańców Syberii pozytywne skutki. Przedstawiciele ZPP mówili o powrocie po wojnie do wolnej Polski – rosła nadzieja.

Mój tato został powołany do 1 Dywizji im. Tadeusza Kościuszki w Sielcach nad Oką. Później z armią przeszedł cały szlak bojowy aż do Odry. Podczas forsowania Odry został ciężko ranny. Leczony był w szpitalu polowym. Po wyleczeniu władze wojskowe mianowały go kierownikiem pociągu sanitarnego, którym przewoził rannych żołnierzy z frontu do lazaretów znajdujących się w Polsce.  My w tym czasie na Syberii otrzymaliśmy wiadomość o śmierci taty. Na skrawku papieru pakunkowego, chemicznym ołówkiem napisane: „Mendzela ubit”. Rozpacz, płacz pod niebiosa. Tak zginął Mendzela ale nie tata a jego młodszy brat Andrzej.

Powrót

W kwietniu 1946 roku przyszła wiadomość od władz sowieckich o możliwości powrotu zesłańców do ojczyzny. Jesteśmy szczęśliwi, przetrwaliśmy wszyscy. Mama mi ciągle mówi o Polsce, o Bogu, o naszym domu. Ja cieszę się i płaczę, że muszę zostawić Katię i Kolę, Died Bojda robi dla nas beczkę na wodę, żeby pić wodę źródlaną a nie z parowozu. Nikt z wagonu nie trafił na taki pomysł i wszyscy korzystali z naszej wody.

Dzień wyjazdu gromadzi u naszych wrót całą wieś. Większość płacze, żegnają się
z nami. Z wozu widzę jak biegnie Katia i Kola i krzyczą. Tym razem nie wygląda to wszystko tak tragicznie, choć nadal wracamy w bydlęcych wagonach. Nadzieja powrotu do domu zagłuszyła wszystkie niewygody. Najważniejsze, ze przed nami Polska.

Pamiętam doskonale całą tę podróż. Wyjechaliśmy z wioski Siemionowka do miasta Klukwin skąd mieliśmy wracać do Polski. Czekaliśmy kilka dni. Pociąg był ogromnie długi i ciągnęły go dwie lokomotywy – jedna z przodu druga na końcu. Pamiętam
i widzę – oczyma wyobraźni – rzekę Jenisej i sunący  – przez most drewniany – bardzo długi w kształcie elipsy – pociąg.

Pamiętam jeszcze inne wydarzenie, które bardzo mocno wpisało się w moją pamięć. Kiedy przekroczyliśmy granicę – chyba był to Brześć – eszelon wjechał na bocznicę, nalewał wodę do parowozu, stał jak zwykle dłużej, bo ludzie musieli coś ugotować. Robili paleniska pomiędzy kamieniami i nad płomieniem stawiali garnki. Tym razem wyległa chmara narodu i nikt nie wynosił garnków i nie urządzał palenisk tylko wszyscy rozglądają się i zaczynają biec, my, dzieci za nimi. W wagonach zostali starzy, chorzy, kalecy. Skręcają w ulicę w kierunku bardzo dziwnego, wysokiego domu na szczycie, którego jest krzyż – ja nie wiedziałam, ze to Kościół. Wchodzą za ogrodzenie i wszyscy padają na twarz. Co się z nimi dzieje? Pyta mój kuzyn Leon. Siostra Wandzia, która mnie znalazła płacze i mówi mi, że to kościół, tu Bóg mieszka. Szukamy naszej mamy, a ona podnosi się zapłakana i tłumaczy mi co to znaczy takie zachowanie. To nie omdlenie, to leżenie krzyżem w podzięce Bogu za życie, za powrót do Ojczyzny, za tatę że przeżył wojnę i za wszystko.

Nas zawieźli aż do Szczecina bo tato jako żołnierz odznaczony orderem za waleczność mógł zając mieszkanie po Niemcach. Nie chciał tego ani tato ani mama i wróciliśmy na swoje. Tato został zdemobilizowany z wojska w październiku 1945 r. Wracamy ze Szczecina do Radymna.

Moja mama i kilka kobiet z innych rodzin idą do Stubna pieszo około 15 km. Mama wchodzi do domu babci – 78 lat. Babcia myśli, że to duch i mówi: „Wszechmogący Boże dziękuję Ci, że widzę moje dziecko”. Radość miesza się z płaczem. Córki cioci – siostry mamy – biegną na kolonię aby zawiadomić tatę. Ten organizuje furmankę      i razem z mamą przyjeżdżają do Radymna po nas. Ja poznaję trochę tatę, ale jakiś dziwny, bo w mundurze. Moja młodsza siostra Hela, która urodziła się na Sybirze- ma 3 lata – płacze okropnie, boi się taty a ten tuli i całuje ja. Jesteśmy już w naszym domu, jest 26 maj 1946 roku .

Nasz dom i budynki gospodarcze zniszczyli Ukraińcy bo szukali bogactwa. Jak opuszczaliśmy nasz dom był piękny – mieszkaliśmy w nim dopiero 8 lat.

Wracam znów do naszego domu, którego przecież nie pamiętam. Jest dużo ludzi, dla mnie obcych. Okazuje się, że to ciocia z całą rodziną. Mama bierze do ręki ogromny bochen chleba z brytfanny, który upiekła ciocia – robi znak krzyża, kroi i mówi do mnie: „patrz, to jest ten chleb, o którym mówiłam Ci na Sybirze, jest taki jasny jak ziemniaki”.

Z naszej rodziny Mendzelów pozostali na zawsze na nieludzkiej ziemi: Stryj Andrzej – zginął na wojnie, dziadzio Zachariasz – zakopany w śniegach tajgi.

Zabrana figurka matki Boskiej Szkaplerznej czuwała nad nami podczas 6-letniej katorgi w tajgach Syberii i walkach ojca na frontach II wojny światowej. Objechała
z nami cały Sybir i jest z nami, teraz w mojej rodzinie.

Kategorie: WSPOMNIENIA