Moje życie na wygnaniu.

Sześć najtragiczniejszych lat mojego życia spędziłam – wygnana z rodzinnych stron – na dalekiej, nieludzkiej ziemi na Uralu i na Ukrainie. 

Wszystko zaczęło się jeszcze przed świtem 10 lutego 1940 roku. Do naszego domu we wsi Nehrybka koło Przemyśla, gdzie mieszkaliśmy od dwudziestu lat, wtargnęli dwaj mężczyźni – Ukrainiec i Sowiet, żądając oddania broni, którą rzekomo przechowywał mój mąż. Grozili, że go rozstrzelają na oczach rodziny. Podczas rewizji nic nie znaleźli, przestali więc straszyć męża, ale natychmiast oświadczyli nam, że z rozkazu Stalina mamy w ciągu pół godziny opuścić nasz dom zabierając tylko trochę niezbędnych rzeczy. Tyle ile zmieści się na sanie.

Moja czteroletnia córeczka Joasia strasznie płakała. Szlochała też moja matka. A ja stałam jak skamieniała nie mogąc zrozumieć, nie mogąc uwierzyć, że to dzieje się naprawdę. Byłam wtedy w szóstym miesiącu ciąży. Miałam dopiero 23 lata, czteroletnią córeczkę i bardzo dobrego, zdolnego i pracowitego męża. Tego dnia, gdy zbudzili nas ze snu i kazali opuścić dom w Nehrybce byliśmy tam wszyscy oprócz ojca, który tuż przed wybuchem II wojny światowej wyjechał do Ameryki.

Z naszego domu w Nehrybce odstawiono nas i nasz nieszczęsny dobytek, który mieścił się na saniach, na stację kolejową w Przemyślu. Tam dopiero zobaczyliśmy, że taki sam los spotkał całą naszą kolonię i inne z powiatu przemyskiego, które znajdowały się po „niewłaściwej” stronie granicy.

Wraz z innymi rodzinami zapędzeni zostaliśmy do bydlęcych wagonów. Wepchano 36 osób (19 dorosłych i 17 dzieci) do tzw. szesnastki. Drzwi zamknięto od zewnątrz na rygle i zasuwy. Odtąd za posłanie służyć nam miały zbite z gołych desek półki, na których nawet najciaśniej ułożeni nie mieściliśmy się wszyscy – siedem osób stale stało lub siedziało na podłodze. Na środku wagonu stał mały żeliwny piecyk, który miał nas wybawić od śmieci i zimna. Spaliśmy na gołych deskach. Nasze poduszki i pierzyny załadowano osobno do innego wagonu towarowego. Co kilka dni dostawaliśmy wiadro węgla. Ja uprosiłam strażników, żeby pozwolili mi zabrać mały kuferek, a w nim trochę szmat i jakiś kocyk. Zasłoniliśmy nim otwór w podłodze wagonu, który miał nam wszystkim służyć za toaletę. W ten sposób zaznaliśmy choć trochę mniej wstydu i upokorzenia. W zamkniętych wagonach staliśmy z płaczącymi z głodu i zimna dziećmi cały dzień i noc.

Ofiara

W niedzielę rano mąż nie wytrzymał i uchylił siekierą od środka małe okienko a ja przez szparę zobaczyłam chłopca, który niósł bułki i przechodził przez tory koło naszego wagonu, który był ostatni w szeregu. Niewiele mówiąc zaczęłam wołać, by dał trochę bułek dla dzieci. On podszedł bliżej i woła: „otwórzcie to wam podam”, ale my byliśmy zamknięci zewnątrz i nie mogliśmy otworzyć. Wtedy zwabiony krzykami nadbiegł strażnik. Usłyszeliśmy strzał a ja przez szparę zobaczyłam kopnięty kosz i rozsypane po przejeździe bułki…. Boże, jakież dręczyły mnie wyrzuty sumienia, że sprowadziłam śmierć na tego biednego chłopca. 

Podróż

Wagony ruszyły dopiero w niedzielę koło północy. Zgrzyt kół mieszał się ze strasznym ludzkim płaczem, głośną modlitwą i śpiewem „Serdeczna Matko, Opiekunko ludu…”. Serce pękało mi z bólu. Pociąg zatrzymał się gdzieś koło Tarnopola. Zwabieni naszym wołaniem woźnice, popasający w pobliżu torów konie, wcisnęli nam przez szparę w deskach resztki chleba, którego nie dojedli. Było tego kilka kromek – po kęsku dla każdego z dzieci, które coraz bardziej słabły z głodu i pragnienia.  A co będzie z moim jeszcze nie narodzonym?

Piątego dnia na stacji w Kijowie dostaliśmy wiadro kaszy jęczmiennej z plewami, miało to starczyć dla nas wszystkich na kilka kolejnych dni. Wybłagaliśmy tez wiadro śniegu, który po roztopieniu na piecyku dał litr wody i tym obdzieliliśmy siedemnaścioro dzieci.  Nie wypuszczano nas ani razu. Tego, piątego dnia, strażnicy wyrzucili pierwsze trupy. Z naszego wagonu sąsiada z wioski Stanisława Krupę. Jego ośmioletnia córeczka niedługo potem umarła na tyfus w Gorodkach. W wagonie, gdzie jechali rodzice męża, zmarło dwuletnie dziecko z rodziny Majków. Matka zamroziła je, żeby nie rzucili go w śnieg i pochowała później po przyjeździe.

Po pięciu kolejnych dniach rzucili nam dwa bochenki chleba i znowu wiadro śniegu. Chleb rozłamany na 35 kawałków miał starczyć na kilka dni do kolejnego wiadra kaszy. Ludzie słabli coraz bardziej, coraz mniej mówili, dzieci gorączkowały i majaczyły. Moja mała córeczka Joasia przelewała się przez ręce.

Tak nas wieźli ponad miesiąc. 34 długich dni i nocy. Wreszcie któregoś ranka pociąg zatrzymał się na stacji Ural Neft. Jeszcze trzymali nas zamkniętych do późnej nocy. Gdy zapadła ciemność wypuścili nas i kazali zabierać swoje rzeczy z wagonu towarowego. W tym zamęcie i ciemnościach udało się nam odzyskać tylko część rzeczy. Znowu załadowali nas wszystkich na sanie zaprzężone w pojedyncze konie i wieźli nas tak całą noc i dzień w strasznym około 40 stopniowym mrozie do miejsca przeznaczenia, obozu Chmielicha, rej. Wierchnie- gorodkowski, obł. Mołotowska.

 

W obozie skazani na wymarcie.

Do obozu Chmielicha dotarło 360 rodzin. Czekały tam na nas brudne, zapluskwione baraki, wąskie, żelazne prycze, ciasnota. Gnieździliśmy się po kilkanaście rodzin na jednej sali.  Błagałam o pomoc, o lekarza dla mojej płonącej z gorączki córki. Lekarza oczywiście nie było a komendant jeszcze tylko krzyczał żebym dała spokój z tym dzieckiem. To chyba Matka Boska Nieustającej Pomocy, którą błagałyśmy z moją mamą o pomoc, ocaliła mi to dziecko.  

Następnego dnia, jeszcze przed świtem, wygnał nas z baraków wrzask komendanta. Zbiórka. Komendant wykrzykiwał, że nie przyjechaliśmy tutaj aby się wylegiwać tylko żeby pracować dla Rosji i zarabiać na własne życie. „Teraz tu wasze życie i wasza śmierć. Polski więcej nie zobaczycie”.  Na te słowa wystraszeni, głodni, trzęsący się z zimna ludzie zaczęli strasznie płakać. Wtedy też ktoś zanucił pieśń do Matki Bożej i cała ta masa ludu podjęła tę pieśń. Zagłuszyliśmy komendanta. Modlitwa i nasza wiara dodawała nam sił do przetrwania.

Od rana do wieczora ludzie pracowali przy wycince lasu. Młodsi ścinali i rąbali drzewa, starsi czyścili je i układali w sągi. Potem jeszcze zwózka w bardzo trudnych warunkach. Była to ciężka praca nawet dla silnych i zdrowych ludzi a naszym ludziom sił co dnia ubywało. Trapiły ich różne choroby. Jedzenia było tak mało, że stale chodziliśmy głodni. Ludzie żuli nawet korzonki i korę z drzew, żeby tylko oszukać głód.

Pamiętam, jak nieraz walczyłam z pokusą zjedzenia kawałka chleba, bo chciałam donieść do domu nienaruszoną porcję. Chleb dostawali tylko dorośli, ci, którzy pracowali. Skąpo wydzielany chleb przaśny, kasza jęczmienna, czasem cienka polewka i ziemniaki od święta. To wszystko co dostawaliśmy i to w bardzo niewielkich ilościach. Dzisiaj wydaje się to niemożliwe, ale my nie mieliśmy jedzenia i podstawowych niezbędnych rzeczy.

Gdy zdarły się nam przywiezione z Polski buty, nauczyliśmy się strugać buty z lipowego drewna. Latem chodziliśmy najczęściej boso a w zimie okręcaliśmy nogi szmatami, czasami ktoś dostał walonki a przemierzać trzeba było, na piechotę, duże odległości. Ja zrobiłam później dzieciom buty ze starego kożucha gospodyni, u której zamieszkaliśmy w kołchozie, a gdy mama dostała premię za dobrą pracę trochę wełny owczej, uprzędłam ją i zrobiłam pończochy, skarpety i rękawice.

 

Powitania i pożegnania.

Mój syn Józek przyszedł na świat w czerwcu 1940 r., w oddalonej od świata małej, biednej izdebce porodowej. Żeby się tam dostać musiałam przejść piętnaście kilometrów, a potem jeszcze przepłynąć tratwą na drugą stronę rzeki Czusowaja. Narodziny mojego synka powitałam z wielką radością ale i lękiem. Józek był niemowlęciem niezwykle chudym i bardzo słabiutkim. Jak go odżywiać, gdy moja dzienna racja na porodówce to kromka chleba i kubek wody. Lęk o życie tego dziecka towarzyszył mi przez najbliższe miesiące i lata. Gdy Józek miał osiem miesięcy nie umiał jeszcze samodzielnie siedzieć, nie podnosił nawet główki ani rączki.  Józek kilka razy był bliski śmierci ale jakimś cudem przeżył. Może to dzięki mojej miłości?

Dwa miesiące po narodzinach Józka, 22 sierpnia 1940 r., zmarła na malarię i tyfus matka mojego męża.  Wychowała dziesięcioro dzieci – sześciu synów i cztery córki. Umierała na żelaznej pryczy w pustej sali nędznego szpitala w Wietlanach.  Nie mogła już mówić, jedna, gruba łza stoczyła się po policzku. Odeszła. Synowie wykopali grób w lesie i tam pochowaliśmy najdroższą nam osobę.

30 lipca 1941 r. (po wybuchu wojny niemiecko-sowieckiej) gen. Władysław Sikorski podpisał układ tzw. Sikorski-Majski o wzajemnej współpracy w wojnie przeciw hitlerowskim Niemcom. Układ ten umożliwiał organizację polskiej armii na terenie ZSRR oraz wprowadzał amnestie dla obywateli polskich zesłanych i uwięzionych w latach 1940-1941 w głąb ZSRR. Polacy otrzymali możliwość opuszczenia miejsca zesłania i poruszania się po terytorium ZSRR.

Prawie rok później zostaliśmy uwolnieni od milicji, komendanta i naczelnika. Pozwolono nam opuścić leśne baraki i szukać pracy gdzie indziej. Mieliśmy dwoje chorych dzieci, więc zdecydowaliśmy z mężem, że nigdzie daleko nie będziemy jechać, bo dzieci nie przeżyją podróży. Tak więc przenieśliśmy się z lasu do kołchozu im. Lenina w Kulikowie o 15 km bliżej stacji Ural-Neft. Dostaliśmy izdebkę u samotnej, gospodyni Olgi w zamian za pomoc w domu i gospodarstwie. Jak się później okazało podjęliśmy dobrą decyzję.

Do nowo powstającej armii gen. Wł. Andersa wyruszyli dwaj bracia i bratowe mojej matki. Mnóstwo ludzi, którzy dotarli do Taszkientu zabrała epidemia tyfusu. Wśród nich byli bracia i bratowe matki. Rodzina męża, jego ojciec, bracia i siostry ruszyli w drogę i dotarli tylko do Koniecgrodu. Musieli wracać, bo ojciec, który cierpiał na astmę dusił się i był tak słaby, że nie mogli dalej jechać. Po pewnym czasie wrócili do nas do kołchozu w Kulikowie.

Silna za troje.

W kołchozie im. Lenina w Kulikowie było nam dużo lepiej niż w posiołku. Na wszystko trzeba było oczywiście pracować i to bardzo ciężko. Ja pracowałam najpierw w wielkim ogrodzie warzywnym. Moim głównym zadaniem było nanoszenie wody z odległego źródła do podlewania upraw. Na dzienną normę trzeba było wnieść na górę sto wiader wody. Męża zatrudniono przy naprawie kołchozowych maszyn. Był świetnym mechanikiem i potrafił uruchomić maszyny, które już dawno uznano za stracone. Cenili za to męża. Nazywali go „złotyje ruki. W kołchozie narodził się nasz drugi synek Zbysiu. Na szczęście był o wiele mocniejszy od Józia, Zbysiu chował się dość dobrze. Przez większość dnia dziećmi i dobytkiem naszej gospodyni Olgi zajmowała się nasza Mama, której pomocy nie sposób opisać.

W maju 1943 roku w naszym życiu nastąpiła ogromna zmiana. Mój mąż, jego brat i dwie siostry powołani zostali do Armii Kościuszkowskiej i poszli na wojnę. Zostałyśmy same z matka i dziećmi. Trzeba było zastąpić naszych mężczyzn w polu. Żniwa 1944 roku pamiętam bardzo dobrze. W kołchozie obiecano nam za każdy hektar zboża pół metra pszenicy. Postanowiłam, że zdobędę tego zboża jak najwięcej. Sama jedna wyżęłam sierpem dziesięć hektarów pszenicy. Chwilami myślałam, że mi plecy, ręce i kości popękają z bólu, że nie wytrzymam, a jednak szłam zaciskając zęby.

Zaraz po żniwach przyszła okropna wiadomość. W pierwszych walkach pod Lenino 24 października 1943 r. zginęła najmłodsza siostra męża, dwudziestoletnia wówczas Stasia. Niecały rok później, 18 sierpnia 1944 r.,  pożegnaliśmy ojca mojego męża. Za buty teścia udało mi się zdobyć trochę starych desek i zbić coś w rodzaju trumny. We dwie z drugą synową wykopałyśmy grób i pochowałyśmy teścia. I tak zostałyśmy same kobiety z dziećmi.

Długa droga powrotu do Polski.

Wkrótce po śmierci ojca mojego męża przyszła wiadomość, że jako rodzina wojskowa zostaniemy przeniesieni gdzie indziej, bliżej kraju. Stało się tak dlatego, ze mąż w armii uprosił, żeby rodzina mogła powrócić do Polski. Nie wiedział jaki los nam gotuje. Najpierw ściągnięto nas na dworzec kolejowy w Łyszwie, gdzie przez tydzień czekaliśmy na pociąg śpiąc na peronie otuleni kocami. Wreszcie wpakowano nas do bydlęcych wagonów i wieziono dwa tygodnie na Ukrainę. Siedzieliśmy na tobołkach i spaliśmy na nich. Nie mieliśmy żadnych zapasów żywności. Uratowała nas zabrana z kołchozu mąka. Mieszaliśmy ja z wodą i jedli taką papkę. Wreszcie wysadzili nas na stacji Biały Kołodziec, rejon Wołtański, obłast Charków. Przydzielono do sowchozu Profirtern. Naszym domem miał być przez rok koński barak, gdzie nie było dosłownie nic, nawet pryczy, a smród wżartego w ziemię moczu końskiego był tak silny, że piekł w oczy i nie dawał oddychać. Czułam się załamana.

Wkrótce nadeszła zima, a wraz z nią dojmujące zimno. Spaliśmy na gołej ziemi na słonie. Siedzieliśmy na słomie, paliliśmy plewy i słomę żeby się choć trochę ogrzać.

W sierpniu 1944 roku, gdy już całkiem traciliśmy nadzieję na zmianę losu, przyszło wreszcie wezwanie, by stawić się natychmiast do wojenkomatu. Dotarłyśmy z siostrą męża do garnizonu do Wołtańska. Tam spędziłyśmy noc stróżówce. Następnego dnia komendant dał nam jakiś papier i kazał jechać z nim do Charkowa po dokumenty. Gdy dotarłyśmy do Charkowa  okazało się, że dokumenty dla mojej mamy zostały omyłkowo wystawione na nazwisko Kołodziej, a ona nazywała się Dudziak Aniela. Tak więc mama nie mogła wyjechać razem z nami.

Kolejny problem stanowiło kupno biletów do kraju. To był czas wielkich powrotów z całej Rosji, a pociągi kursowały niezmiernie rzadko. Bilety załatwił nam wreszcie Żyd Wolf poznany w Charkowie. 28 września 1945 roku wyruszyliśmy do Polski. W pociągu z Charkowa do Lwowa panował taki straszny tłok. Cały czas stojąc musiałam trzymać Zbysia na rękach. Ta podróż była równie koszmarna jak pobyt na Ukrainie.

We Lwowie kazano nam udać się do siedziby Czerwonego Krzyża, który zorganizował nam powrót do kraju. Następnego dnia o trzeciej rano znaleźliśmy się w Przemyślu. Nikt na nas nie czekał, nikt nas nie witał ale i tak moje serce przepełniała wielka radość. Wróciłam z dziećmi do mojej ukochanej ziemi, do Polski. Mama wróciła dwa miesiące później jako matka Żyda Wolfa. Wróciliśmy do domu, którego już nie było, z trójką dzieci pozostając bez dachu nad głową.  

Kategorie: WSPOMNIENIA