Nasze pikulickie życie toczyło się w miarę normalnie, aż do 10 lutego 1940 roku – kiedy to tytułowa moja wielka przygoda się zaczęła. Zima 1939/1940 r. była dość ostra, ze śniegiem i mrozem. W taki to mroźny dzień 10 lutego 1940 r. miałem iść do szkoły na godzinę 8-mą, a tymczasem przed godziną 6-tą, gdyśmy jeszcze wszyscy spali, usłyszeliśmy stukanie do okna i wołanie:  „odkrojte dweri” (otwórzcie drzwi).

Gdy tylko zostały otworzone, do mieszkania weszło dwóch żołnierzy rosyjskich i dwóch towarzyszących im po cywilnemu Ukraińców. Nie kazali wstawać z łóżek, tylko najstarszy stopniem żołnierz powiedział: „Nam skazali szto u was jest’ arużie” (nam powiedzieli, ze wy macie broń).

Ojciec odpowiedział, ze nie mamy żadnej broni, na co oni odpowiedzieli: „Nu charoszo budiem iskat’ ” (no dobrze będziemy szukać).

I tak około 15 minut szukali, przewracając zawartość szaf, po czym powiedzieli: „Dawajtie sobirajties, pojediem, cieriez cias bydtie gotowy”.

Wszystkich ogarnęła rozpacz a tu trzeba było coś pakować, nie wiadomo było co zabrać, bo nie było nic przygotowane. Gdy z niewielkimi bagażami wyszliśmy na zewnątrz gdzie stały już sanie z zaprzęgiem w dwa konie i woźnicą, zobaczyliśmy, że mieszkańcy z sąsiednich domów podobnie ładują się na sanie.

Byli to: stryjek z rodziną, wujowie Stanisław i Antoni (bracia mamy) wraz z rodzinami oraz trzy rodziny Lelków. Zapytaliśmy najstarszego żołnierza dokąd pojedziemy, na co on odpowiedział, że do miasta, a stojący nieco dalej żołnierz powiedział w tajemnicy, po cichu, że „pojedziecie w Rosiju”. Wiadomość tę od rosyjskiego żołnierza usłyszała moja siostra Marysia, a gdy dyskretnie przekazała ją rodzinie, wówczas rozległo się głośne szlochanie i rozpacz. Zdaliśmy sobie sprawę, że opuszczamy dom rodzinny i cały dobytek i nie wiadomo co z nami będzie. Pół godziny trwała jazda saniami do punktu zbiorczego. W tym czasie najmłodsza siostra Weronika ( 8 lat) gorączkowała, toteż ułożona na saniach została owinięta pierzyną a przy niej mama czuwała. Reszta rodziny szła za saniami. Po godzinie ósmej rano dowiedziono nas do ukraińskiego Domu Ludowego w Pikulicach, a gdy zebrało się kilkanaście sań, wyruszyliśmy w kierunku Przemyśla. Od skrzyżowania dróg Pikulice-Nehrybka jadąc ulicą Słowackiego w kierunku Przemyśla, w miejscu gdzie jezdnia się wznosiła, z dala widać było nasz dom.  W tym momencie najstarsza siostra Zosia płacząc powiedziała: „spójrzcie jeszcze na nasz dom, bo może widzimy go po raz ostatni”. Dla Zosi i mojego starszego brata Władysława było to rzeczywiście ostatnie spojrzenie i pożegnanie się z domem, bowiem więcej go już w sowim życiu nie zobaczyli.

Dotarliśmy do bocznicy stacji kolejowej w Przemyślu – Bakończycach. Tu załadowano nas do wagonów towarowych, gdzie na małej powierzchni mieściło się 6 do 8 rodzin, w sumie około 40 osób. Na środku wagonu, z dwóch stron, były zasuwane drzwi szerokości 2-3 m, a po lewej i prawej stronie znajdowały się dwupiętrowe prycze oraz małe okienka po obydwu stronach. W ten sposób z uwagi na ciasnotę, połowa ludzi przebywała na pryczach w pozycji leżącej, a druga połowa mogła stać, choć więcej czasu spędzało się na pryczach. Drzwi frontowe były cały czas zamknięte a otwierał je jedynie żołnierz podczas postoju pociągu.

Przeciwległe drzwi były całkowicie zablokowane, przy nich wstawiona była rura służąca za WC. Obok tej rury znajdował się metalowy piecyk i był to jedyny sposób ogrzewania.
W ciągu paru godzin rozlokowaliśmy się w wagonie. Popołudniu parowóz przeraźliwie zagwizdał i mocnym szarpnięciem ruszył, rozległ się wówczas rozpaczliwy szloch połączony z modlitwą i śpiewem kościelnym.  Kiedy przekroczyliśmy granicę polską, wtedy wszystkich ogarnęła rozpacz.

Podczas podróży gdy pociąg się zatrzymywał na dłużej żołnierze otwierali drzwi i prowadzili ze sobą kilka osób, aby zaopatrzyć nas w opał do piecyka, wodę tzw. „kipiatok” oraz trochę zupy, przeważnie rybnej z chlebem. Były to głodowe porcje. Ja przez cały czas przebywałem przeważnie na górnej pryczy, leżąc przy okienku, gdyż była to dla mnie pierwsza podróż pociągiem, i z ciekawością oglądałem przez to okienko olbrzymie przestrzenie kraju pokryte grubą warstwą śniegu. Tak więc, jako mały chłopiec w pewnym sensie zapomniałem o naszej tragicznej sytuacji.

Po kilku tygodniach takiej podróży dotarliśmy do końca tej koszmarnej jazdy, do stacji zwanej Ural Neft. Była to stacja końcowa, bo dalej nie było torów kolejowych.

Główna linia kolejowa biegła z miasta Mołotow (obecnie Perm) do miasta Swierdłowsk (dawniej Jekaterynburg) już za Uralem. Nasza stacja Ural Neft stanowiła odgałęzienie od głównej linii kolejowej na odległość około 15 kilometrów. Do centrum miasta, zwanego tam potocznie Gorodok było zaledwie 2-3 km.

Do stacji końcowej Ural Neft dotarły tylko 3 lub 4 wagony. Zapewne podczas długiej tej podróży odłączano wagony, gdyż początkowo pociąg był długi. Naszą grupę po wyładowaniu z wagonów skierowano do oczekujących konnych sań. Na saniach była chora moja mama. Mama jeszcze w czasie podróży pociągiem, troszcząc się o chorą córeczkę Weronikę mocno zachorowała i gorączkowała. W godzinach wieczornych ruszyliśmy w dalszą podróż. Szliśmy za saniami leśną drogą brnąc w głębokim śniegu, i był to uciążliwy marsz. Furmanki posuwały się wolno a my szliśmy za swoją furmanką. Mróz był tak przerażający, że trzeba było co chwilę podskakiwać aby się rozgrzać. Przewieziono nas do miejscowości Wietlany tj. naszą 7 osobowa rodzinę, 7 osobową rodzinę stryja Marcina oraz rodzinę Lelków i tu rozlokowano na stałe. Natomiast inną grupę ludzi (wśród nich rodzinę wujków Stanisława Pizło i Antoniego Pizło) skierowano jeszcze dalej do miejscowości Kriwoje. Jeszcze inną grupę ludzi skierowano do miejscowości zwanej Chmielicha. Do Wietlan cała grupa dotarła następnego dnia przed południem i stąd jeszcze 8 km szliśmy w głąb lasu do pojedynczego baraku.

Barak ten to był duży dom posiadający korytarz (sień) i po obu stronach dwie duże sale, w których mieściły się 4 do 5 rodzin. W naszej sali była cała moja rodzina, a także sześcioosobowa rodzina Mycaków, pochodząca z Bachowa oraz 2 lub 3 inne rodziny, w sumie około 25 osób. W każdej sali był ustawiony niewielki okrągły piecyk żelazny. Na nim podgrzewaliśmy sobie posiłki. Na zewnątrz w odległości około 10 metrów ustawiony był klozet, a w dole stał mały domek, w którym mieszkał komendant milicji Poługałow z żoną. Barak był ustawiony w wąwozie. W niecce tego wąwozu płynął malutki strumyczek a wzdłuż niego droga prowadząca w kierunku Wietlan.

Zaraz na drugi dzień po zakwaterowaniu się w tym baraku Poługałow popędził wszystkich dorosłych do leśnych robót i tak już było codziennie. Każdego dnia docierały do nas z Wietlan sanie, przywożąc nam pożywienie, tj. chleb i jakąś kaszę.

Z nastaniem kwietnia 1940 roku śniegi zaczęły się topić i stwarzało to groźbę dużych roztopów. Zatopione drogi uniemożliwiały dojazd do nas, toteż naszą rodzinę jak i innych mieszkańców tego baraku przetransportowano do innego miejsca bliżej Wietlan. Jak się później okazało to roztopy spowodowały, że ten pierwszy pojedynczy barak w lesie oraz domek Komendanta Milicji stały się bezużyteczne.

Przysiółek Wietlany – 1940 rok.

W tym nowym miejscu, które umownie nazywaliśmy Przysiółek Wietlany przebywaliśmy około jednego miesiąca. Zamieszkaliśmy podobnie jak poprzednio w baraku, który podzielony był na sale. My zajmowaliśmy dwie duże sale, gdzie na środku ustawiony był dość duży prostokątny piecyk żeliwny opalany drewnem.

Pamiętam, że oprócz naszej siedmioosobowej rodziny w tych salach zamieszkiwała sześcioosobowa rodzina Mycaków. W innej części rozlokowana była siednioosobowa rodzina mojego stryja Marcina Luli z żona Eleonora i dziećmi Jadwigą, Wawrzyńcem, Józefem, Genowefą i Stanisławą. W sali tej, gdzie przebywała rodzina stryja, kwaterowała też rodzina Krajewskich z Bachowa. Głowa rodziny, czyli najstarszy Krajewski ( z tego co mówiono Ukrainiec) pełnił funkcję komendanta – poganiacza i dał się on czasem więcej we znaki aniżeli sam komendant milicji Poługałow, który we wszystkich sprawach wyręczał się Krajewskim.

Każdego ranka komendant milicji sprawdzał czy wszyscy dorośli wyszli do pracy i czy młodzież poszła do szkoły do Wietlan. Mimo, iż śnieg powoli tajał, tam na północy ZSRR jeszcze w kwietniu była sroga zima. Dzień zaczynał się po 9 rano a noc już po 14-tej. Aby zdążyć do szkoły w Wietlanach, gdzie uczęszczałem do 4-tej klasy, trzeba było wychodzić z domu o 6-tej rano czyli ciemna nocą. Toteż zbieraliśmy się zawsze grupą, Polacy razem z Rosjanami i wpierw lasem a potem torem wąskotorówki przebiegającym przez las, maszerowaliśmy do szkoły. Czasem nie wracałem do domu po szkole i wtedy nocowałem w Wietlanach u ludzi pochodzących z Pikulic nazwiskiem Michno. Do tej szkoły uczęszczaliśmy do wakacji 1940 roku, a po wakacjach komendant milicji Poługałow dał nam już spokój i nie naganiał do szkoły, toteż nasza edukacja szkolna zakończyła się.

Przysiółek Wietlany w skład, którego wchodziły zabudowania takie jak: nasz barak, sklep, świetlica zwana Krasnyj Ugołok, stołówka, piekarnia, bania i kilka innych budynków, w których mieszkali Rosjanie, Ukraińcy i Tatarzy.

Nasi ludzie pracując w lesie ścinali drzewa rękcznymi piłami, oczyszczali z gałęzi, przecinali je na odcinki długości około 5 metrów. Drzewa te ściągano końmi do torów kolejowych wąskotorówki, gdzie załadowywano je na wagony i następnie przewożono kolejką do innego miejsca nad rzeką. Tam z wagonów spuszczano do rzeki Czusowaja a następnie łączono je razem w tratwy i spuszczano z nurtem. Rzeka Czusowaja wpadała dalej do rzeki Kamy a ta wpada do przeogromnej rzeki Wołga.

Z chwilą, gdy nie musiałem już uczęszczać do szkoły, a mając już 12,5 lat znalazłem sobie dobrą pracę – niestety, tylko na około 2 miesiące. Odebrano mi ją, ponieważ rosyjski chłopak przejął tę pracę ode mnie. Zarabiałem wówczas dziennie 5 rubli i 70 kopiejek, równowartość półtora bochenka chleba. Gdy odebrano mi to zajęcie, znalazłem sobie gorszą pracę, było to zbieranie gałęzi na kupki, a także cięcie piłą ręczną drzewa i kubikowanie go.

Nasze życie w tym czasie było bardzo ciężkie. Byliśmy niedożywieni, nieodpowiednio ubrani, zwłaszcza w porze zimowej. Ponadto nie wolno nam było się oddalać nawet do najbliższej wioski, gdyż potrzebna była przepustka wydawana przez komendanta milicji i nie wolno było się spóźniać w drodze powrotnej.

Na naszej sali, jak już wspomniałem, zamieszkiwała rodzina Mycaków pochodząca z Bachowa koło Krzywczy. A była to kilkuosobowa rodzina, lecz mało osób pracowało i zarabiało. Ojciec tej rodziny, stary Mycak nie chcąc być uciążliwym, pewnej nocy odszedł próbując ucieczki i wszelki ślad po nim zaginął.

Gdy nadeszła zima 1940/41 zmuszono mnie do nauczenia się robienia łapci. Była to dla mnie okropna udręka, gdyż w łapciach chodziło się do robót leśnych zaledwie jeden miesiąc.

Biorąc pod uwagę, że cztery  osoby z naszej rodziny pracowały w lesie, to łatwo sobie policzyć, że zajęcia mi nie brakowało na całą zimę.

W czasie lata i jesieni 1940 r. został wybudowany nowy barak, który posiadał już kilka mniejszych salek i wszyscy zostaliśmy umieszczeni w tym nowym barku. Był on wygodniejszy, gdyż w naszej sali była razem z nami tylko jedna rodzina. Pomimo tego, że mieliśmy luźniej w tych nowych salach, ale ściany baraku były z grubych belek, pomiędzy którymi utkany był mech dla ocieplenia. Stanowiło to wspaniałe schronisko dla pluskiew, karaluchów czy mrówek, które bardzo dawały nam się we znaki.

Wspomnę jeszcze o mojej pracy polegającej na zbieraniu mchu w gęstym lesie, gdyż był on potrzebny do uszczelniania nowo wybudowanych budynków. Praca nicy nie ciężka, ale straszna, bo w tym gęstym lesie było mnóstwo meszek, które człowieka niesamowicie gryzły.

Wybuch wojny niemiecko – sowieckiej 22 czerwca 1941 r.  radykalnie zmienił naszą sytuację. Po wybuchu tej wojny przyjechał do nas z Wietlan przełożony naszego komendanta milicji, zwołał zebranie Polaków i powiedział: „Niemcy napadły na Związek Radziecki i teraz my już z Polakami jesteśmy przyjaciółmi. Wy możecie wyjeżdżać, gdzie chcecie. Jesteście wolni”.  Ponieważ gospodarstwa rolne potrzebowały ludzi do pracy, zwłaszcza mężczyzn, bo Rosjan zabrali do wojska, toteż chętnie przysłali po nas furmanki, by zabrać nas do miejscowości Niżnyje Gorodki, która znajdowała się kilka kilometrów od centrum rejonowego miasta Wierchnije Gorodki.

Niżnyje Gorodki – 1941 r.

Furmankami dojechaliśmy w nowe miejsce, po raz pierwszy myśląc pozytywnie. Zbliżała się jesień 1941 r. i prac polowych przy zbiorze plonów nie brakowało. Najwięcej czasu zajęło kopanie i zwózka ziemniaków, a później orka, bronowanie i zasiew zbóż przed zimą.

Rozmieszczono nas w prywatnych domach, w których gospodarze nieco się ścieśnili. Nasza siedmioosobowa rodzina mieściła się w dwóch pomieszczeniach tj. w kuchni i pokoju. Było ciasno. Podobnie siedmioosobowa rodzina stryja Marcina została zakwaterowana w domku w odległości około 200 metrów od nas. W tej miejscowości byliśmy już „wolni”, gdyż nie pilnował nas żaden milicjant.

Ja pomagałem przy pracach polowych w kołchozie, a także w sąsiednim sowchozie bronowałem tam pole pod zasiew. Siostry Zofia i Maria oraz brat Władysław pracowali w polu w kołchozie, mama z Werą przy domowych zajęciach, zaś ojciec przygotowywał pobliską nieużytkowaną cerkiew na szpital dla rannych na froncie rosyjskich żołnierzy.

Docierały do nas wiadomości, ze w okolicach miasta Saratow a konkretnie w Tatiszczewie organizuje się Wojsko Polskie i tam przebywają nie tylko mężczyźni zdolni do służby wojskowej, ale że przyjmują też polskie rodziny. Starsi postanowili, że trzeba podjąć podróż w tym kierunku i tak się też stało.

Tworzenie na terytorium Związku Radzieckiego Wojska Polskiego stało się możliwe dzięki zawarciu Układu z 30 lipca 1941 r., który został podpisany w Londynie przez premiera Rządu Polskiego – Naczelnego Wodza generała Władysława Sikorskiego i w imieniu rządu radzieckiego przez ambasadora Iwana Majskiego.

W grudniu 1941 r. na stacji Ural Neft dali nam do dyspozycji wagony towarowe abyśmy mogli się do nich zapakować i pojechać w kierunku Tatiszczewa. Furmankami z kołchozów Polacy stopniowo dojeżdżali do stacji Ural Neft i wchodzili do podstawionych wagonów. Każdy załadowany pełen wagon z ludźmi był podpinany do innych wagonów z towarem i podciągany do węzłowej stacji przy głównej linii kolejowej biegnącej z Permu do Swierdłowaka.

Nasza rodzina i jeszcze kilka rodzin znalazła się w jednym z takich wagonów, a gdy dotarł jeszcze jeden wagon dołączono nas do pociągu jadącego z Permu w kierunku Swierdłowska za Uralem. To spowodowało, że rozłączyliśmy się z rodziną stryja Marcina, która spóźniła się do tego pociągu. Przez to ich losy potoczyły się zupełnie inaczej. Pozostali w Związku Radzieckim do końca wojny i powrócili do Polski dopiero w 1946 roku.

Wyruszyliśmy w dalszą nieznaną podróż w nadziei na upragnioną wolność. Jadąc w kierunku Swierdłowska za Ural wkroczyliśmy do Azji a następnie wracając do europejskiej części ZSRR w kierunku południowo-zachodnim z każdym dniem zbliżaliśmy się do linii frontu. W naszym kierunku zmierzało coraz więcej pociągów z rannymi żołnierzami. Dotarliśmy po kilku dniach podróży do stacji Berdjausz. Na tej stacji kazano nam wysiadać nie dając żadnej nadziei na dalszą podróż.

Były tu dwie duże sale z poczekalnią. Jedną zajmowaliśmy my a drugą salę zajmowali byli więźniowie wypuszczeni z więzień z terenów kolejno zajmowanych przez postępująca armię niemiecką. Więźniowie ci, wychudzeni i wynędzniali, obdarci, leżeli zawszeni na podłodze. Na tej stacji mieliśmy trudności z wyżywieniem. Gdy nie dawano nam nadziei na dalszą podróż, wówczas dwuosobowa delegacja młodych mężczyzn udała się do Tatiszczewa z prośbą o pomoc dla ludzi, którzy utknęli na stacji Berdjausz. Delegatów natychmiast wcielono do wojska a po nas na stację kolejową przyjechał w mundurze polskim chorąży wojskowy, który wykupił dla wszystkich bilety kolejowe do osobowego pociągu i z nim potem przybyliśmy do Tatiszczewa.

 

 

Kategorie: WSPOMNIENIA